Jak wyglądały najpiękniejsze Święta

Święta już coraz bliżej, dlatego zabieram Was w czarodziejską podróż. 

Do czasów, gdy wierzyłam jeszcze w Mikołaja. Do dnia, który wspominam co roku, gdy budzę się 24 grudnia. 

Pojechałam z bratem i z rodzicami do moich dziadków na Mazury. Na Święta Bożego Narodzenia. Świat zasypany był śniegiem.  Białe pola, białe drzewa, lód na jeziorze. Na dworze był spokój, tak jakby wszystko zasnęło pod białą kołdrą. Czasami odzywał się w oddali pies.

W domu było ciepło. W głównej izbie i w pokoju, w którym wszyscy spaliśmy, powietrze nagrzewały piece kaflowe. W kuchni ogień buzował pod garnkami. Spod płyty kuchennej dobiegały miłe dla ucha dźwięki: syczenie, parskanie i strzelanie. Dziki żywioł ujawniał swoją moc, gdy ciocia podnosiła garnek do góry. Do dzisiaj pamiętam metaliczny dźwięk przesuwanych garnków po płycie kuchennej.

Nie pamiętam samej wieczerzy. W tamtych czasach jedzenie nie miało dla mnie znaczenia.  

ŚwiętaPo uroczystej kolacji czekaliśmy na Mikołaja. Ja, mój brat, dwie kuzynki i kuzyn staliśmy przy oknie z widokiem na podwórze. Nasze oddechy zostawiały parę na szybie, dlatego musieliśmy ją co chwilę wycierać. Przyklejaliśmy nosy do szyby, żeby lepiej widzieć.

Gdzieś w oddali zadźwięczały dzwonki. Ich dżwięk stawał się coraz głośniejszy, jak również dźwięk bicia naszych serc. Najpierw zobaczyliśmy konie, które przejechały przez bramę wjazdową, potem sanie z Mikołajem. Nie pamiętam, czy był ubrany na czerwono. Ale, gdy go zobaczyliśmy wiedzieliśmy, kto przyjechał. 

Mikołaj zeskoczył z sań, ściągnął worek, popatrzył na nasz dom i ruszył do drzwi wejściowych. Otworzył drzwi do sieni, tupiąc otrzepywał buty ze śniegu, a potem otworzył drzwi do kuchni i zapytał: Czy są tutaj dzieci? 

Mikołaj rozdawał prezenty, ale musieliśmy najpierw zaśpiewać piosenkę lub powiedzieć wierszyk. 

Pamiętam prezent, który dostałam z kuzynkami. Wszystkie trzy dostałyśmy taką samą koszulkę z krótkim rękawem. Cieszyłyśmy się ogromnie, ponieważ tworzyłyśmy zgraną drużynę, a koszulki miały być naszym znakiem rozpoznawczym. 

Gdy Mikołaj odjechał, ubraliśmy się ciepło i wyruszyliśmy na pasterkę. Do pokonania mieliśmy ponad 3 kilometry drogą, która łączy jedną wieś z drugą. Wygłupialiśmy się, dyskutowaliśmy, przeżywaliśmy wizytę Mikołaja.

Drogi powrotnej nie pamiętam, dlatego nie powiem Wam, czy dałam radę. 

Te Święta utkwiły mi w pamięci.

 

 

Życzę Wam worka pełnego pozytywnych emocji,

spokojnych i radosnych Świąt. 

 

 

Jeżeli chcecie przeczytać inne moje wspomnienia z Mazur, to zapraszam:

Antoni coś ty zrobił swojemu psu. 

Zęby w zadek 

 

Zdjęcia autorstwa contesign

 

Ja w mediach

          

Olga Komorowska - Bloglovin