Opowiadania

Skarpetka w paski - opowiadanie

ucieczka dziecka

Opowiadanie ukazało się w Antologii "PISZMY" wydanej przez Wojewódzką i Miejską Bibliotekę Publiczną w Gdańsku. 

Główny temat opowiadania, to ucieczki z domu dziecka z zespołem Downa. 

 

Przeczytaj w wersji pdf na stronie Biblioteki albo poniżej na blogu. 

 

A jeżeli chcesz się dowiedzieć, co zrobić, gdy zaginie dziecko, przeczytaj mój wywiad z podkomisarzem policji. 

 

Skarpetka w paski

Wbiła wzrok w drogę po drugiej stronie boiska. Tak bardzo chciała, żeby zza zakrętu wyłoniła się Gosia. Na chwilę zamknęła oczy, bo miała nadzieję, że gdy je otworzy, zobaczy swoją córkę. Takie małe czary-mary. Złudna nadzieja, bo gdy znowu spojrzała przez okno, zobaczyła co prawda idące dzieci, ale nie Gosię.

Oparła czoło o szybę i poczuła chłód. Podniosła gwałtownie głowę, chwyciła torebkę i polar, wróciła po komórkę, zamknęła drzwi i wcisnęła przycisk windy. Nie mogła dłużej czekać. Winda ruszyła z parteru, ale zatrzymała się na dolnym piętrze, ponownie ruszyła w górę, ale znów się zatrzymała.

– Ludzie! Szybciej! – szepnęła i wcisnęła jeszcze raz przycisk, potem znowu i znowu.

W drzwiach klatki schodowej zderzyła się z sąsiadem z IV piętra – lekarzem na emeryturze.

– O, pani Mario, dziś tak prosto w moje objęcia! – sąsiad uśmiechnął się radośnie. – Wie pani, że dzisiaj…

– Nie mogę! – krzyknęła i przemknęła obok starszego pana.

W kierunku klubu sportowego szła szybkim krokiem. Gdy zbliżała się do budynku szkoły, miała nadzieję, że za rogiem zobaczy drobną postać swojej córki, która jak zawsze jej pomacha, uśmiechnie się radośnie i zawołała: cześć mama! Zobaczyła jednak tylko wysokiego pana z malutkim pieskiem na smyczy, starszą panią z wózkiem z zakupami i młodą parę, która trzymała się za ręce. 

Przyspieszyła kroku, wbiegła po schodach do klubu i w drzwiach wpadła na panią Asię – trenerką Aikido.

– Dzień dobry. Czy Gosia jeszcze jest w szatni?

– Nie, wyszła jakiś czas temu. Dobrze dziś ćwiczyła.

– Rozumiem – odpowiedziała Maria.

Odwróciła się i zbiegła po schodach. Rozejrzała się wokół i zobaczyła szyld sklepu spożywczego. Odetchnęła. No przecież! Gosia zawsze tu zagląda i pewnie teraz siedzi w sklepie i wyjada cukierki z torebki.

Ale w sklepie Gosi nie było.

– Pani Mario! – ktoś chwycił ją mocno za rękaw polara. – Co się dzieje?

Pani Asia – trenerka – trzymała Marię w mocnym uścisku i patrzyła na nią zaniepokojona.

– Gosia nie wróciła do domu – wyszeptała Maria.

– Zadzwonię na policję.

*

Maria miała problem z oddychaniem. Czuła, jakby każdy skrawek jej ciała przywoływał Gosię, a żołądek chciał wyskoczyć przez gardło. Chodziła wzdłuż trawników i krzaków, bo chciała sprawdzić, czy gdzieś nie leży kolorowa torba jej córki albo skarpetka w paski, albo różowy but na rzepy. Jeżeli jej córka potrzebowała pomocy, chciała być przy niej, zanim przyjadą policjanci.

– Dzień dobry. – Stanął obok niej postawny mężczyzna w mundurze – Proszę powiedzieć, co się stało.

– Córka nie wróciła do domu po swoich zajęciach.

– Zdarzyło się już to wcześniej?

– Nie.

– Proszę z nami pojechać na komisariat. Wypełni pani kwestionariusz i rozpoczniemy poszukiwania.

– O nie, panowie! – wtrąciła pani Asia. Czuła się w obowiązku być w takiej chwili przy matce Gosi, dlatego nie pojechała jeszcze do domu. – Przecież tu się liczy każda minuta! Gosia ma co prawda jedenaście lat, ale ma zespół Downa. Trzeba jej koniecznie szukać.

Policjant popatrzył uważnie na dwie kobiety.

– Dobrze, procedurami zajmiemy się później. Czy dzwoniła pani na telefon do córki?

– Tak, ale zostawiła go w domu.

– O której kończyła zajęcia?

– O osiemnastej trzydzieści.

– Proszę podać szczegółowy opis córki.

– Dziewczyna, jedenaście lat, ale niższa niż jej rówieśnice, w granatowej kurtce, na szyi różowy szalik, kolorowa torba na ramieniu, takie kółka kolorowe na białym tle.

Policjant stojący obok zapisywał każde słowo Marii. A potem się oddalił i rozmawiał przez telefon.

– Takie mam wyrzuty sumienia. Mogłam po nią wyjść.

Maria trzymała się za brzuch. Nie wiedziała, że strach może tak boleć. 

– Pani Mario, niech się pani uspokoi. Gosia to rezolutna dziewczyna. Przecież już tyle razy wracała sama. Chciała być samodzielna. Nie może pani jej trzymać w klatce. – Trenerka położyła jej rękę na ramieniu i uśmiechnęła się pocieszająco.

– Przejdzie się pani ze mną – powiedział policjant. – Czy córka jest nieśmiała? Czy jest otwarta na obcych? Czy jeżeli się przestraszy, to chowa się w jakieś miejsca? Chętnie chodzi do piwnicy? – Maria została zasypana pytaniami.

– Panie policjancie, czy… – Maria nie była w stanie dokończyć pytania, które wwiercało jej się w głowę.

– Proszę być spokojną. – Policjant się zatrzymał. Spojrzał w oczy Marii i powiedział rzeczowym, uspokajającym tonem, że ponad 90 procent dzieci, które zaginęły, to dzieci, które po prostu uciekły z domu. Prędzej czy później się znajdują.

Chodziła z policjantem po osiedlu. Słuchała krótkich komend, przekazywanych informacji, patrzyła na policjantów, którzy wyłaniali się z różnych miejsc. Przeszukiwali śmietniki, krzaki i otwarte piwnice na osiedlu.

Była już godzina 21, gdy zadzwonił telefon policjanta.

– Tak, jedźcie tam – powiedział do słuchawki.

Maria zesztywniała. 

– Dostaliśmy informację od kierowcy autobusu, że widział na ulicy Dmowskiego idącą samotnie dziewczynkę z takim szalikiem i torbą.

– Kierowca autobusu?

– Tak, gdy zaginie dziecko powiadamiamy kierowców taksówek, autobusów i tramwajów.

Ponownie zadzwonił telefon policjanta. Maria poczuła, jak jej serce bije w przyspieszonym tempie.

– Jeżeli nie ma, to sprawdźcie dworzec. Tam najczęściej idą dzieci.

Gdy po chwili znów zadzwonił telefon, miała wrażenie, że serce wpadło jej do żołądka.

– Znaleźliśmy pani córkę – policjant się uśmiechnął.  – Na dworcu. Zaraz przyjedzie z policjantami. Tylko proszę o jedno. Gdy zobaczy pani córkę, proszę na nią nie krzyczeć.

Maria kiwnęła głową. Poczuła, jak napięcie opuszcza jej ciało. Nie rozumiała jednak jednego, jak miałaby krzyczeć na Gosię?

Stała wśród pięciu policjantów i patrzyła na drogę. Za chwilę miał nadjechać radiowóz z jej córką.

Gdy wyłonił się zza zakrętu, łzy ulgi popłynęły jej po pliczkach. Gdy zobaczyła zmęczone oczy swojego dziecka, torbę w kolorowe kółka i różowy szalik, zachłysnęła się i zaczęła się śmiać, jednocześnie płacząc.

– Gosia – szepnęła i przytuliła córkę. Uklękła przed nią, dotknęła jej twarzy, poprawiła szalik.

– Muszą panie ze sobą porozmawiać – powiedział policjant. – Ale najpierw zapraszam na komendę. Trzeba wypełnić druki.

*

– Gosia, wiesz jak ja się denerwowałam, gdy uciekłaś? Dlaczego to zrobiłaś? – Maria postawiła w kuchni na stole dwa kubki – dla siebie białą herbatę, a dla Gosi herbatę malinową.

– Chciałam być samodzielna. Chciałam pójść do Jarka, wiem, że mieszka na Morenie. Ty nie chciałaś mnie do niego zawieść.

Maria opadła na taboret. Jarek to chłopak w pełni sprawny intelektualnie, ale z zaburzeniami emocjonalnymi. Nie chciała, żeby jej córka się z nim spotykała.

– A jak byś do niego dotarła? Przecież nie znasz adresu. Morena to duże osiedle. Gosia, czy ty wiesz, jak ja się denerwowałam? Tak bardzo, że aż bolał mnie brzuch, płakałam, ręce mi się trzęsły.

Gosia zerknęła na mamę znad kubka z herbatą, ale nic nie powiedziała.

– Gosia, bardzo ciebie proszę, nie rób tego więcej. Nie musisz.

*

Maria spojrzała na zegarek. Rzuciła ścierkę na stół. Zadzwoniła na komórkę córki, ale nie usłyszała dzwonka telefonu, czyli Gosia miała go ze sobą. Ale nie odebrała. Za drugim razem również nie.

Założyła buty, chwyciła polar i telefon i wyszła z domu. Na wszelki wypadek zajrzała do piekarni, gdzie Gosia miała kupić chleb, ale tak jak się spodziewała, Gosi nie było.

– Córka była i kupiła chleb! – zawołała ekspedientka.

Maria kiwnęła w podziękowaniu głową, wyszła ze sklepu i przez chwilę myślała, co dalej. Gdzie poszła Gosia? Co chciała osiągnąć?

Stwierdziła, że najpierw sprawdzi okolice klubu sportowego, ale Gosi tam nie było. Potem poszła w kierunku marketu, stamtąd do szkoły, po drodze zajrzała przez szybę do zakładu fryzjerskiego pani Beaty. Gosi jednak nigdzie nie było.

Przypomniała sobie most, który Gosia jej pokazała, gdy jechały do Wrzeszcza. Tym mostem, który prowadził z Zaspy do ulicy Grunwaldzkiej, ostatnio Gosia maszerowała na samodzielną wyprawę.

Maria prawie biegła. Stwierdziła, że jeżeli w okolicy mostu nie będzie Gosi, zadzwoni na policję. Ale teraz jeszcze spróbuje.

– Proszę, żeby tam była, proszę, proszę – szeptała, wydłużając, jak tylko mogła swoje kroki. 

I była. Szła zamaszystym krokiem. Widać było po jej postawie, że ma plan, ma cel. Machała siatką, w której jednak nie było chleba. Był za to sok i coś jeszcze. Pewnie ciastka.

Maria zacisnęła szczęki i ruszyła na spotkanie swojej córki. Potem nie mogła sobie przypomnieć, czy zatrzymała się przed ulicą, żeby przepuścić samochody.

Chwyciła córkę za ramię i odwróciła w swoją stronę.

– Co ty sobie myślisz! – wrzasnęła. A z oczu popłynęły jej łzy. – Do domu! Ale już! – Maria pociągnęła za sobą córkę, która z przerażeniem patrzyła na swoją mamę, bo jeszcze nigdy nie widziała jej w takim stanie.

– Gdzie masz chleb?!

– Zostawiłam na ławce, żebyś mogła go wziąć.

– Czemu nie odbierasz komórki, gdy do ciebie dzwonię!?

– Wyrzuciłam ją w krzaki, żebyś nie mogła mnie znaleźć – powiedziała Gosia cicho.

Maria nie była w stanie wydusić z siebie słowa. Szła szybkim krokiem, trzymając w kurczowym uścisku ramię swojej córki. Gdy obie znalazły się pod domem, powiedziała, żeby Gosia znalazła teraz komórkę. Sama stała i patrzyła, jak jej córka odgarnia gałęzie i liście, żeby znaleźć swój telefon.

W domu kazała iść Gosi do pokoju i zakomunikowała, że porozmawiają później. W tamtym momencie nie była w stanie rozmawiać. Weszła do swojego pokoju, położyła się na łóżku, przykryła kocem w kratę i przytuliła do poduszki. Poczuła się pusta, bez siły, jak balon, z którego uleciało powietrze.  

*

Usiadła u Gosi w pokoju na krześle, które jako jedyne było wolne od porozwieszanych ubrań. Gosia uwielbiała przebierać się i dopasowywać do siebie różne zestawy rzeczy, a potem wszędzie je wieszała.  

– Gośka. Ja nie wytrzymam tego, jeżeli jeszcze raz uciekniesz. Ja tak bardzo się denerwuję. To jest dla mnie bardzo, BARDZO duży stres. Boję się, że ciebie stracę, że coś ci się stanie. Nie rób tego.

– Mamo, wiesz, że ja jestem teraz w okresie… w tym… no, okresie…

– Dojrzewania?

– No właśnie! Dojrzewania. I ja nie wiem, co mi jeszcze może wpaść do głowy. Wiesz, to jest… hm… silniejsze ode mnie.

– Gosia, proszę ciebie. Jesteś rezolutna dziewczyna, wiesz, co jest dobre, a co złe. Na pewno potrafisz zapanować nad swoją chęcią pójścia w siną dal. A teraz chodź, pójdziemy do biblioteki. Chcę pożyczyć coś dla siebie, żeby zresetować mózg i odpocząć. A dla ciebie pożyczymy płytę z bajką o psie, który jeździł koleją. Wybierzesz też jeszcze coś dla siebie, co będziesz chciała. Ubierz się szybko.

*

Gosia stanęła w drzwiach pokoju.

– Przepraszam, mamo – powiedziała – już nie będę uciekać.

Maria spojrzała na córkę.

– Chodź. – Wyciągnęła rękę i posadziła córkę przy sobie. – Co się zmieniło?

– Wiesz co, ten pies jeździ pociągiem. Ucieka, ale potem wraca. I jego pan jest bardzo smutny i się martwi. Ty pewnie też się martwiłaś i było ci smutno.

– Tak, kochanie – Maria przytuliła Gosię do siebie. – Bardzo się martwiłam.

Wskazówka na zegarze przesunęła się o kolejną minutę. Minęła godzina 18. Za oknem zapaliły się latarnie. 

Gdańsk, maj 2018

 

 

 

Newsletter

Newsletter

Informacje bezpośrednio na Twoją skrzynkę pocztową. Bez spamu. Raz w tygodniu.

Ja i Facebook

Blog na Instagramie

Tagi

© 2017 Newskit. All Rights Reserved.Design & Development by Joomshaper

Szukaj